Cookies Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. Więcej informacji. Zamknij
Sacrum Profanum Festiwal

Między klasyką, jazzem a muzyką komponowaną - Festiwal Sacrum Profanum - dzień piąty

2018-09-16

 W sobotę wahadło odchyliło się trochę mocniej w stronę jazzu, zwłaszcza za sprawą zespołu Zeitkratzer. Na program The Shape Of Jazz To Come, którego tytuł jest nawiązaniem do słynnego albumu Ornette’a Colemana, złożyły się jazzowe standardy, jak przystało na Sacrum Profanum, w nieoczywistych opracowaniach – tak pisze Adam Suprynowicz, dziennikarz Polskiego Radia, który relacjonuje festiwal dzień po dniu, specjalnie dla jego uczestników.

 

Sacrum Profanum 2018 – dzień piąty

Balans między nowością a klasyką i między jazzem a muzyką komponowaną to jeden z podstawowych wątków tegorocznego festiwalu. W sobotę wahadło odchyliło się trochę mocniej w stronę jazzu, zwłaszcza za sprawą zespołu Zeitkratzer. Na program The Shape Of Jazz To Come, którego tytuł jest nawiązaniem do słynnego albumu Ornette’a Colemana, złożyły się jazzowe standardy, jak przystało na Sacrum Profanum, w nieoczywistych opracowaniach. „Jazzawy” puls w nich pozostał, tematy takie jak Cry Me A River czy My Funny Valentine pozostały czytelne, jednak brzmienie zespołu i charakter improwizatorskich pomysłów jego członków to już zupełnie inna historia. Każdy z muzyków Zeitkratzera jest indywidualnością, ale brzmienie, w którym są zakorzenieni, oscyluje między sonorystyką a noise’em. Jazzowa forma świetnie się mimo to w tym odczytaniu obroniła, a pikanterii całości dodawała specyficzna maniera zblazowanej nastolatki, którą śpiewa Mariam Wallentin. To wokalistka niezwykle sprawna i twórcza w ramach tej koncepcji, więc całość sprawiała spójne wrażenie. Intrygowała. Podejrzewam, że jazzowi puryści mogliby mieć z nią problem, ja – miałem tylko przyjemność słuchania.

Jazzowo-klasyczna opozycja pojawiła się tymczasem w kompozycji Michaela Wertmüllera antagonisme contrôlé, która zamykała wieczorny koncert Ensemble Musikfabrik. Napisana dla mistrza wściekłego saksofonu, Petera Brötzmanna, okazała się udanym zestawieniem estetyki orkiestrowego utworu rodem z festiwalu muzyki współczesnej z toczącą się jak tornado, monumentalną estetyką jego freejazzowej gry (artysta sięgnął też na chwilę po klarnet). Uwagę od jego partii, o dziwo, odwracała szaleńczo wirtuozowska, niesamowita gra perkusisty Lucasa Niggliego. Utwór miał długość koncertu Brahmsa, niestety nie miał jego spójności i mógł się odrobinę dłużyć, ale obcowanie z grupą tak znakomitych muzyków wynagradzało ten mankament. Podczas wieczornego koncertu zabrzmiały też mało zajmujące kompozycje Anthony’ego Braxtona i Lisy Streich oraz seria utworów solowych, które Ensemble Musikfabrik zamawia dla swoich muzyków-wirtuozów. Z tego zestawu wyróżniały się fury Rebekki Saunders na kontrabas (rewelacyjny Florentin Ginot) i przezabawny String Jack Michaela Beila na wiolonczelę (Dirk Wietheger), projekcję wideo i taśmę, grający inteligentnie z tradycją wiolonczelowego repertuaru i percepcją odbiorcy. To był już najwyższy czas, żeby na festiwalu pojawił się jakiś żart. Ten okazał się wyjątkowo zabawny!

 

Adam Suprynowicz (Polskie Radio)