Cookies Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. Więcej informacji. Zamknij
Sacrum Profanum 2021

Fortepian w składzie sztuki

2021-10-28

Pośrodku młodopolskich pejzaży i kobiecych portretów, przed bielą filigranowych rzeźb na środku sali – stoi on, wielki i czarny jak należy. Zduszony patos ostatniego utworu Ferenca Liszta przechodzi niemal niepostrzeżenie w duszny minimalizm Györgya Ligetiego. To dwa kilkuminutowe prologi do kulminacji programu recitalu Reinholda Friedla: prawykonania utworu jego przyjaciela Zbigniewa Karkowskiego. Po blisko półgodzinnej walce hałasu z harmonią przychodzi czas na finałowe uspokojenie w minimalizmie Terre Thaemlitz. Czy to na pewno koniec, można już odetchnąć? Tak brzmi Post Scriptum do Sacrum Profanum?

Co za miejsce, co za czas – myślałem, zdążając przez pusty plac do Muzeum Narodowego w Krakowie. Raptem parę dni temu, w tym samym mieście, na festiwalu Unsound płonęło pianino w performansie Anne Lockwood. Równolegle z koncertem Friedla odbywały się zaś finałowe obrady jury Konkursu Chopinowskiego, internet wrzał od spekulacji, kto i dlaczego. Czy i jak, pomiędzy tymi skrajnościami, można sobie wyobrażać dalsze granie na fortepianie? I jeszcze ja sam ostatni tydzień spędziłem zanurzony w muzyce Harry’ego Partcha, której strój naturalny sytuuje się na antypodach równomiernej temperacji, uosabianej przez ten instrument. Miejsce koncertu też zdawało mi się paradoksalne: nowo otwarta galeria sztuki polskiej XX i XXI wieku na drugim piętrze muzeum. Sala na skrzyżowaniu korytarzy, w tle pejzaże mniej lub bardziej realistyczne, za fortepianem cztery małe rzeźby na postumentach, w tym Mrs. Sturday na ławce z psem Ludwika Pugeta. Po lewej stronie, tuż obok słuchaczy, trzy portrety kobiece, w tym znana rudowłosa Czesząca się Władysława Ślewińskiego. W tym towarzystwie Reinhold Friedl – mistrz fortepianu totalnego, preparowanego i amplifikowanego – wypada nadzwyczaj powściągliwie.

Ale i cały, niezwykle przemyślany program koncertu można uznać za ćwiczenie z powściągliwości i przezwyciężania dualizmów. Unstern! Sinistre, disastro to jeden z ostatnich utworów Liszta, z początku pełen repetowanych, dysonujących akordów i skali całotonowej, w duchu mrocznego tytułu.Druga połowa przynosi pewne ukojenie ze zmianą tonacji i adnotacją sostenuto (powstrzymując, powściągliwie). Gęste wielodźwięki, równoległe oktawy i artykulacyjne quasi organo wprowadzają wymiar eschatologiczny, obecny także w powstałej w podobnym okresie Gondoli żałobnej. Przekraczający tonalność, do dziś nowoczesny język muzyczny tych utworów sprawia, że sięga po nie także wielu pianistów specjalizujących się w muzyce współczesnej, jak Pierre-Laurent Aimard w swoim The Liszt Project.

Również połączenie Liszta z Ligetim fonografia odkryła już dawno temu, posługując się zwykle wytrychem narodowościowym, czasem oprócz oczywistej węgierskości odkrywając także podobny koncept wirtuozerii (jak Gábor Csalog w Etiudach transcedentalnych). Jednak Friedlowi tym razem chodzi o coś innego, o pokrewieństwo nastrojów i emocji. U Liszta to pesante i marcato – ciężko, rytmicznie, dobitnie; u Ligetiego – mesto, rigido e ceremoniale – smętnie, surowo, uroczyście. Musica ricercata pochodzi z wczesnego, neoklasycznego jeszcze okresu twórczości późniejszego awangardzisty, ale rządzi nią bardzo ciekawy, redukcjonistyczny przymus formalny. Pierwsza z jedenastu etiud używa tylko dwóch dźwięków ze skali chromatycznej, a każda kolejna o jeden więcej. Wybrana niegdyś przez Kubricka do Oczu szeroko zamkniętych, a teraz przez Friedla do jego recitalu, druga część cyklu zawiera więc tylko nuty e, fis i gis. To ograniczenie dodaje jednak tylko dramatyzmu: po sekundowych oscylacjach wejście przyspieszanego do granic możliwości gis zabrzmiało jak rażenie prądem. Przy czym niemiecki pianista oprócz frapującego użycia pauz oraz retoryki pytań i odpowiedzi, zaakcentował także podobieństwo barwowe pomiędzy dwoma węgierskimi utworami, słyszalne choćby w szeregu wolno postępujących oktaw w dalekich rejestrach.

To wszystko było jednak tylko przygotowaniem do nawałnicy, na którą grzecznie czekali wszyscy zebrani pomiędzy obrazami odbiorcy, a którą poprzedził delikatny uśmiech głównego jej sprawcy. Nawałnica brzmiała momentami jak przyspieszony i zagęszczony Liszt, przetykany wydłużonym i zwolnionym Ligetim. Zbigniew Karkowski w swoim fortepianowym Execution of Intelligence gra bowiem podkręconymi na maksa kontrastami. Kaskady synkopowo repetowanych klasterów, brzmiące czasem niczym mokry sen twórców black MIDI, przeplatają się tu z cichymi interludiami pozornie prostych faktur w duchu Mortona Feldmana. Wszystko zaczyna się jednak maskowanym pauzami rytmem i rezonansem, który przypomina trochę – ku mojemu zaskoczeniu – pierwszą z Dwóch etiud Pawła Szymańskiego (choć mniej tonalną oczywiście). Jakie oznaczenia artykulacyjne mogą kryć się w tej partyturze?

Jak opowiadał i pokazywał mi Reinhold Friedl, utwór Karkowskiego jest bardzo ściśle zapisany, pozostawiając mu tylko dobór tempa w wolnych epizodach, z adnotacją „as long as possible”. W epizodach szybkich i gwałtownych pianistę powstrzymują tylko fizyczne ograniczenia w rozpiętości rąk na klawiaturze, co przywodzi mi na myśl podejście Briana Ferneyhougha, liczącego na energię wyzwalaną przez wykonawcę w pokonywaniu ekstremalnie trudnych pasaży w estetyce nowej złożoności. Przejścia między dwoma żywiołami – płynących wolno harmonii i spadających hałasów – były często niespodziewane, nawet pod sam koniec Execution of Intelligence. Może właśnie do tego odnosi się tytuł, do unieważnienia jakiejkolwiek przedsłyszalności, racjonalnie zrozumiałego planu utworu? Ilość i różnorodność porządków informacji uniemożliwia zarówno przygotowanie się na nagłe zagęszczenie narracji, jak i utrudnia wsłuchanie się w rozrzedzoną materię wówczas, gdy nasze uszy wciąż nie mogą się jeszcze otrząsnąć z tych wszystkich dudnień, wzmacnianych jeszcze przez specyficzną akustykę muzeum z wieloma biegnącymi w głąb korytarzami. Choć utwór nosi ten sam tytuł, co kilkuminutowy noise’owy kawałek zamieszczony w znanej antologii Sub Rosy Noise and Electronic Music, wydaje się z nim jednak mieć mało wspólnego. Pozostaje także jedną z nielicznych czysto instrumentalnych pozycji w katalogu Zbigniewa Karkowskiego, od blisko dwóch dekad oczekującą na dogodną okazję do premiery. Mimo znakomitej współpracy Reinholda Friedla z krakowskim festiwalem dopiero teraz nadszedł jego moment. Pomiędzy chopinowskimi igrzyskami i radykalizmem płomieni. Karkowski by się uśmiał.

Nagłe zakończenie Execution of Intelligence to jednak bynajmniej nie koniec wieczoru z Friedlem. Dramaturgia opada łukiem do osobliwego Ten-Thirty Terre Thaemlitz. Transseksualny weteran house’u i ambientu od dekad koncertuje i nagrywa także na fortepianie, choćby serię Rubato, w którejreinterpretowała utwory Kraftwerka, Gary’ego Numana i DEVO. Czy trzeba dodawać, że kierowany przez Friedla zespół zeitkratzer ma na koncie zarówno album poświęcony Thaemlitz, jak i Kraftwerkowi i Karkowskiemu? Zapis tego utworu istnieje nie w postaci nut, lecz nagrania, które pianista odtwarza na słuchawkach i na żywo imituje. Specyficzne audio score, jakby ukłon w stronę tradycji ustnego naśladownictwa. Każda wersja jest inna, bo można dodać wiele od siebie, stworzyć kolejny wariant i improwizację. Jak opisuje mi w mejlu pianista, tym razem do partii granej na klawiaturze – głównie na białych klawiszach, w konsonansach kwint i kwart – dodał kontrapunkt sonorystyczny, otwierający nowe przestrzenie. To Friedl w swoim żywiole, we wnętrzu fortepianu, wyczarowujący brzękliwe glissanda za pomocą prostej szklanki. I tu znów, jak u Liszta, i jak u Karkowskiego, powraca dualizm: pomiędzy dyskretnymi wysokościami klawiszy a ciągłymi pasmami strun. A może to już właśnie nie dualizm, ale ciągłość, tak istotna dla Thaemlitza idea trans? Wszystko rozgrywa się tu w cichej dynamice i w ambientowym nastroju, aż w końcu pocierane struny zamierają, ustępując coraz rzadszym uderzeniom. Czesząca się wciąż się czesze, pani Sturday czesze swojego psa na ławce.

Jan Topolski
Tekst powstał we współpracy z KBF jako postscriptum do
podcastów towarzyszących festiwalowi Sacrum Profanum 2021: Dojrzałość.

Bilety

Sacrum Profanum
Kup Bilet

Karnety

WSZYSTKIE KONCERTY SACRUM PROFANUM 2020 DOSTĘPNE PRZEZ ROK OD PREMIERY

ZOBACZ CAŁY FESTIWAL SACRUM PROFANUM 2020 TYLKO NA PLAY KRAKÓW

KARNET

150 zł

Nie obejmuje spektaklu Purification i koncertów Akordy Ezoteryczne i ~dojrzałość.

Kup karnet