Cookies Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. Więcej informacji. Zamknij
Sacrum Profanum Festiwal

#17 Sacrum Profanum: My – wariaci

2019-10-02

Piąty dzień festiwalu Sacrum Profanum przyniósł wstrząs. Nareszcie! Robiło się trochę zbyt grzecznie, a przecież Łukasz Orbitowski w tekście programowym życzył sobie, aby festiwal „odwrócił się od Piwnicy pod Baranami i ulicy Brackiej, napluł na Wyspiańskiego i pokazał środkowy palec wielkim pochowanym na Skałce”. Stało się coś więcej.

Na koniec koncertowego dnia w Małopolskim Ogrodzie Sztuki zabrzmiał utwór Evil Nigger Juliusa Eastmana w aranżacji Piotra Peszata na cztery akordeony (dwa elektronicznie zmultiplikowane; oryginał z 1979 roku jest na cztery fortepiany). Rafał Łuc i Maciej Frąckiewicz grali z zaciętością i wirtuozerią utwór, którego politycznie kontrowersyjny tytuł nie odnosi się bezpośrednio do tego, co znajduje się w nutach. Owszem, to muzyka ekstatyczna i emocjonalna, ale nie mówi wprost o dyskryminacji, rasizmie czy homofobii. Nie ma tekstu (poza bojowym okrzykiem „one-two-three-four!” poprzedzającym siedmiodźwiękowy „temat” przypominający ostinato Bachowskiej passacaglii), sampli głosowych czy performansu. Pod koniec, gdy tempo zaczęło spadać, faktura rzednieć, wolumen słabnąć, z taśmy, realizowanej przez Peszata, odezwały się tak obce temu festiwalowi słowa arcybiskupa Jędraszewskiego z okrytego złą sławą kazania o „tęczowej zarazie” i jakby od razu ich owoc: wrzaskliwe i agresywne okrzyki „Chłopak, dziewczyna – normalna rodzina” z ulicznej demonstracji.

A pomyśleć, że zaczęło się tak niewinnie. Byliśmy wcześniej na długim koncercie Spółdzielni Muzycznej contemporary ensemble noszącym tytuł, któremu wróżę sławę równą rumuńskiemu spektralizmowi – Litewski post-minimalizm. Ciekaw jestem, kto z siedzących wówczas w Cricotece, a później w MOS-ie pomyślał, że gdzieś tam daleko (a tak naprawdę całkiem blisko) jest świat zupełnie inny od tego naszego festiwalowego, zamyślonego i rozsłuchanego.

My możemy się spierać, czy wydłużone do granic możliwości, chorałowe, stateczne kompozycje Justė Janulytė stają się powtarzalne, czy jednak coś odkrywają i na ile zainspirowały je Reflections Dominykasa Digimasa. Warto podyskutować o tym, jak różny rytm każdy z nas usłyszał w F Juty Pranulytė, gdy Martyna Zakrzewska przez osiem minut w tempie karabinu maszynowego uderzała jeden klawisz fortepianu. Wreszcie możemy podebatować z ekspertami, czy w ogóle istnieje coś takiego jak litewski post-minimalizm.

Jednak warto przy tym pamiętać, że świat zaczadzony ideologią (jakąkolwiek) i fanatyzmem (każdym) ma to wszystko w głębokim poważaniu. Jego mieszkańcy nie zadają sobie pytań o estetykę muzyczną, nie interesuje ich, co dzieje się z brzmieniem instrumentu, gdy towarzyszy mu elektronika, mają gdzieś to, czy utwory noisowe to hałas czy muzyka. Ba! Ich w ogóle nie obchodzi muzyka. Ta z Piwnicy pod Baranami też nie. W tym świecie panują „łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy (…), żadnej dystynkcji w rozumowaniu, składnia pozbawiona urody koniunktiwu”. Myślę, że właśnie z takim światem Eastman brał się za bary. Mamy szczęście, że głowy nam parują od myślenia, że zadajemy sobie pytania, które może nikogo nie obchodzą, ale nam – wariatom słuchającym litewskiego post-minimalizmu – pozwalają zachować normalność.

Mateusz Ciupka dla festiwalu Sacrum Profanum