Cookies Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. Więcej informacji. Zamknij
Sacrum Profanum Festiwal

#17 Sacrum Profanum: Gabinet osob(li/o)wości

2019-10-05
Masutasu Ōyama, jeden z mistrzów karate powiedział kiedyś, że trening nie może kończyć się odpoczynkiem – najintensywniej musi być właśnie na koniec. Dlatego po siedmiu dniach ćwiczeń w słuchaniu otrzymaliśmy czterogodzinny maraton solowych setów z zatyczkami gratis. W ruch poszły gitary elektryczne i laptopy, a sceną zawładnęli różni artyści, ale mający wspólny mianownik – wszyscy działają poza granicami muzyki klasycznej i namiętnie romansują z elektroniką. Koncert House of Low Culture zamienił MOS w gabinet osob(li/o)wości.

Anja Cheung w Seven are the veils wylała na nas ocean dronów i masywnych brzmień. Było w tym coś zmysłowego. Nawiązując do tytułu: w Salome Ryszarda Straussa tytułowa bohaterka tańczy, zdejmując kolejno siedem zasłon okrywających jej ciało, by doprowadzić Heroda do ekstazy. I faktycznie, w śpiewie Cheung było coś rytualnie erotycznego, choć zmieniające się za plecami obrazy unosiły tę powolnie rozwijaną opowieść raczej w kierunku nostalgii, rozpadu pamięci i tożsamości niż rozkoszy. Z kolei Heather Leigh zaproponowała program z płyty Throne, na której z towarzyszeniem gitary śpiewa swoje noisowe, zdekonstruowane miłosne piosenki (np. Days Without You). Na tym "ckliwość" się skończyła.

Scenę zajął Mick Barr, Paganini gitary elektrycznej z black metalowego zespołu Krallice. Zawsze doceniam wirtuozerię, a to był jej czysty pokaz, na dodatek przypominający granie etiud Czernego albo bicie rekordu na czas w wykonywaniu Lotu trzmiela. Zderzenie tego klimatu z Repression’s Blossom Aarona Turnera przypominało zatrzymanie rozpędzonego tira na przydrożnym drzewie. Towarzyszyły temu adekwatne odgłosy - brutalistyczno-apokaliptyczne przestery i nieznośny hałas, jaki wytwarzał, zbliżając się do głośnika ze swoją gitarą (w Interminable Conniption, oba kawałki z płyt, które ukazały się w tym roku).

Pod względem muzycznym najlepszy utwór wieczoru należał do Maria Diaza de Leona, kompozytora, performera, wykładowcy, tworzącego "poważkę", muzykę elektroniczną, metal oraz improwizującego (jego Gated Eclipse słuchaliśmy w środę podczas koncertu Inescapable Spiral). Body Pulse Prism oparte jest na pomyśle od XVII wieku znanym i lubianym, czyli na basowym ostinacie, oczywiście tutaj elektronicznym. Jego rytm wyznaczał puls ciała, a podkreślały go efekty świetlne. Nad tym rozwijała się punktualistyczna gra gitary elektrycznej. Mogłoby się to wydawać nudne, gdyby nie fakt, że de Leon umiejętnie tym "skromnym" materiałem operował, dobrze budując napięcia. Poza tym warto było dostroić własny oddech do oddechu muzyki i poczuć, jak pulsuje ona w głowie. Fizjologiczne doświadczanie dźwięków to jest to!

Osiem dni koncertowych minęło. Sacrum Profanum zawładnęło naszymi popołudniami i wieczorami. Z Marylą staraliśmy się opowiedzieć coś, czego zasadniczo opowiedzieć się nie da – muzykę. Obiecałem w pierwszej relacji, że zachęcony hasłem "sprawdź, jak hałas zamienia się w muzykę" powiem na końcu sprawdzam. Obietnicy dotrzymuję. Tych, którzy wciąż się boją, że współczecha to "permanentna transmisja z huty" zapewniam, że tak – to często jest transmisja z huty, ale jeśli nauczymy się jej dobrze słuchać, odkryjemy w niej muzykę, która rozwija, poszerza percepcję i mówi o rzeczach, o których przeszłość opowiedzieć nie potrafiła. Przyjdźcie za rok!

Mateusz Ciupka dla festiwalu Sacrum Profanum