Cookies Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia zindywidualizowanych usług oraz tworzenia statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia w opcjach Twojej przeglądarki. Więcej informacji. Zamknij
Sacrum Profanum Festiwal

#17 Sacrum Profanum: Sąsiedztwo muzyki i ciała

2019-09-28

Hasłem tegorocznej edycji festiwalu Sacrum Profanum jest sąsiedztwo, które przez rezydencję artystyczną Antona Lukoszevieze kojarzy się z naszym wschodnim sąsiadem – Litwą. Choć znakomity wiolonczelista pojawił się na scenie w Cricotece, to nie relacje polsko-litewskie zdominowały pierwszy dzień festiwalu, ale sąsiedztwo ciała i dźwięku, a może wręcz ich nierozerwalny związek. 

Odnosiła się do tego w symboliczny sposób Natasha Anderson, pisząc w notce programowej, że Nor Girdling Gnaw na violę d’amore i sześciokanałową elektronikę to „mnożące się odbicia (...) ulatujące, krwawiące, krążące – niczym histeryczna, powtarzająca się próba duszącej śmierci”. Barokowy instrument współzawodniczył w całkiem tradycyjny koncertujący sposób z elektroniką. Z kolei gdy pod koniec wpadł w trans powtarzających się figur, jego dźwięk był w uszach fizycznie odczuwalny. Uderzały także dwa różne sposoby jego uzyskania: ruchem ciała solistki (tradycyjne) i kliknięciami kompozytorki (nowe). Przy okazji doświadczyliśmy tego, o czym wspominała Kasia Głowicka – której Farewell River usłyszymy 1 października - że jej wizja współczesnego kompozytora to muzyk z komputerem na scenie.

Do wpływu dźwięku na ciało odwoływał się wprost australijski kompozytor Anthony Pateras, którego Pseudacusis miały, poprzez dobranie odpowiednich częstotliwości i wysokości dźwięku, oddziaływać halucynogennie. Być może koncertowe rytuały i inauguracyjny klimat to utrudniły, ale pomogły skupić się na innych walorach kompozycji – całkiem ciekawie skonstruowanym początku, zdradzającym solidny klasyczny warsztat, wspaniale brzmiącym fortepianie (piękne piana w górnych rejestrach) i udanych barwowych połączeniach, np. z tremolandem wielkiego bębna, który dawał efekt spójnej muzycznej myśli. Całość dawała efekt spójnej muzycznej muzycznej myśli, ale wypowiadanej chyba za długo, chyba nieco na końcu przegadanej. A może nie? A może to druga połowa, w której do głosu doszły zderzenia punktów i linii prostych, kontrasty barw, ale i śpiew ptaków, czy plusk wody, były tym, co w Pseudacusis pociągało najmocniej? Wiele pracy mieli wykonawcy, którzy – podobnie jak w późnych dziełach Góreckiego – musieli długo utrzymywać pojedyncze dźwięki w wolnych tempach, a szczególnie saksofoniści (tu chapeau bas dla Krzysztofa Guńki, który w dniu koncertu zastąpił niedysponowanego Gerarda Lebika). Płuca wielkości miechów kowalskich by się tu przydały! Nie mając halucynacji, zasłuchiwałem się w mikrotonach i alikwotach. Jak się okazało, to może być przyjemne.

Na Zbigniewa Karkowskiego (z pochodzenia krakowianina) ciało reaguje zupełnie inaczej – to muzyka (tak!), która wywołuje stres, obawę, niepewność, drżenie kolan i dziwne wibracje w żołądku. Karkowski zapewnia emblematyczne dla festiwalu „wejście w strefę dyskomfortu”. W ubiegłym roku GGR Betong pokazał go analogowo, wczoraj zabrzmiał cyfrowo (choć tu przydałoby się mocniejsze określenie niż „zabrzmiał”, zważywszy, że podobno piętro wyżej w biurach różne przedmioty pospadały z półek podczas koncertu). Ciekawe, że pierwszy utwór (Nerve Cell_0) odwoływał się tytułem do neuronu – przewodnika impulsów elektrycznych. Przewodzenie kojarzy się z ruchem, którego w tym utworze praktycznie nie było. Przypominał raczej stateczną masę hałasu, którego natężeniem sterował Lukoszevieze, stosując pokaźną ilość środków artykulacyjnych, w tym tak nieoczekiwane, jak vibrato osiągane samym smyczkiem. Chyba najgorętsze brawa tego koncertowego dnia zdobył Wolfram i Zespół Wokalny Gęba, wykonując Encumbrance, nagrane zresztą w tym składzie dla wytwórni Bôłt Records. Utwór nie ma swojego jasno zdefiniowanego kształtu i każde jego wykonanie jest unikatowe – przekazany w formie szkicowej drogą mailową Antoniemu Beksiakowi zawiera także uwagę o tym, by dostosować wykonanie do specyfiki sali. Mieliśmy zatem okazję posłuchać (przez zatyczki do uszu) czegoś unikatowego. Koncertowe doświadczenie podpowiada, że publiczność chętnie docenia wysiłek, a w przypadku wokalistów był on tytaniczny – od niskich tonów, przez wysokie kobiece rejestry, szeptanie, charczenie, pomruki – cały zestaw wyczerpujących ćwiczeń, czy, jak sam Karkowski to określił, „siłownia dla wokalistów”. Pot na twarzach śpiewaków wzmógł oklaski, ale z granicznie niskich częstotliwości trzeba się było długo jeszcze otrząsać. 

Gdy wracałem do domu z Cricoteki, nad bulwarem dostrzegłem reklamę Festiwalu z hasłem „Sprawdź, jak hałas przemienia się w muzykę...”. Po inauguracji mówię – „Sprawdzam!”, a jakie karty znajdą się na stole, tego dowiecie się z kolejnych koncertów i relacji.

Mateusz Ciupka dla festiwalu Sacrum Profanum